Gdy zwycięstwo to rarytas, a ostatni gasi światło. Nemesis w planszowej odsłonie!

 

Witajcie! Tym razem odskocznia od bitewniaków, choć nadal bez prądu i nadal pozostajemy przy planszy. Dzisiaj skądinąd… elektryzujący tytuł, który od dawna utrzymuje się w czołówce najwyżej ocenianych gier na świecie (na podstawie rankingu BoardGameGeek). Przed wami ni mniej ni więcej jak Nemesis. Tajemniczy statek, z którego niewielu ujdzie żywcem. Miejsce pełne przeciwieństw, chichotów losu, filmowych akcji, (bez)sensownej brawury i ludzkiego rozczarowania, gdy wszystkie najlepsze plany idą w łeb na skutek jednej karty. Choć giera liczy sobie kilka lat, starzeje się z klasą. W swojej kategorii to Mercedes i poniżej spróbuję wyjaśnić wam, dlaczego tak sądzę 🙂

20 czerwca rozegrałem w gdańskim Krolmie drugą partyjkę z Przemkiem, dzięki któremu mogłem zapoznać się z tym rewelacyjnym tytułem planszowym. Najpierw fabularna historia z samej gry, a następnie kilka wersów o tym, jak się w to turla. Pasy zapięte? Lecimy.

Carmen była zwiadowcą na tym cholernym statku. Gdy próbowała dokopać się do własnych myśli walcząc z rykiem płynącej z głośników melodii alarmu czuła, że wszystko poszło nie tak. Próbowała ustalić, w którym momencie popełniła błąd. Czy jeszcze na etapie zawierania kontraktu z korporacją? Na etapie szkolenia? A może gdy dołączyła do drużyny? Tylko jedno było pewne. Była na tej łajbie tylko z Harrym, pilotem. Trzeci śmiałek leżał rozbebeszony w centralnym pomieszczeniu i nikt nie wiedział, co mu było. Niestety nie odpowie już na żadne pytanie. Mówienie bez żołądka byłoby zaprawdę wielką sztuką.

Uznali, że na ten czas rozdzielą się, poszukując towarzyszy i jakiejkolwiek nadziei na przetrwanie. Jeśli dzieje się tu coś niedobrego, muszą zawiadomić korporację i Ziemię. Życząc sobie powodzenia ruszyli eksplorować nieznane, próbując pokonać w sobie narastający strach przed nieznanym. Głośne stuki mogły oznaczać hałas z ładowni lub równie dobrze istoty, które przejęły Nemesis i urządziły tu sobie nową kolonię…Urojenia.

Carmen przemykała od ściany do ściany, nieustannie myśląc co robić. Przekradanie było częścią jej fachu, stąd była pewna, że nikt jej nie słyszy. Nic bardziej mylnego. Z kolejnych korytarzy rozbrzmiewało niepokojące echo. Te istoty, o ile nie były wytworem wyobraźni i chorą halucynacją, miały zbyt dobry słuch, albo ja już nie nadaję się do tej roboty. Tylko nie chcę skończyć jak przysmak dla tych śmierdzieli… Z zadumy wyrwał ją komunikat na tablecie. Przyszły wytyczne z korporacji. Zabić Harrego? To absurd, jak gdyby mało było tu śmierci. Nie znalazła jeszcze pozostałych towarzyszy w jednym kawałku, a już ma zginąć kolejny? Niedorzeczne. Narazie muszę myśleć tylko o sobie. Uciec stąd, może kiedyś zapomnieć, a przy okazji napchać kieszenie błyskotkami i ogrzać się w blasku fleszy. Korpo pewnie sypnie kaską. Starczy do starości… Tak spędzić resztę życia, wystarczy… Siedem fantów mi wystarczy. A potem wpakuję się do kapsuły ratunkowej…

Coś wstrząsnęło statkiem, a Carmen ledwo utrzymała pozycję. Zorientowała się, że na skutek przeciążeń grawitacyjnych jedna z kapsuł właśnie odpadła od kadłuba wahadłowca. Zaklęła pod nosem. Jej plan jeszcze nie powstał, a już zaczął się sypać. Pozostała druga maszyna z ukrytym włazem. Witamy na Nemesis, psia mać.

Carmen, tutaj! Harry wołał zza skrzyżowania korytarzy. Odkrył gniazdo tych skurczybyków. Błyskawicznie nawiał, bo cóż mu pozostało? Nadal nie wiemy ile ich jest i jakie mają zamiary. Zamyślona przedarła się do pokoju łączności. A więc to była prawda… Gdy wbiegała tam szczęśliwa, poślizgnęła się na posadzce i wstała oblepiona śluzem.

Co za paskudztwo, może prysznic to zmyje? Tak właśnie wygląda królowa roju – rzucił na rozładowanie ciężkiej atmosfery Harry. Żartów się gnojkowi zachciało, pomyślała w duchu przestraszona nie na żarty Carmen. Jeszcze nie wiedziała, że słowa potrafią mieć taką siłę…

Szli dalej. Harry ciągnął trupa, którego odkryli tuż po przymusowej pobudce z wymazaną pamięcią. Na co mu było to ciało, to wiedział tylko on. Lepiej było nieść większą giwerę, ale to jego sprawa.

Carmen już po chwili odkryła lokalizację laboratorium, ale pilot miał zgoła inne plany i nie poszedł jej śladem. Szkoda, tutaj można było ustalić przyczynę zgonu, a przy okazji wszędzie słychać kroki. Oni już tu są.

Gdy tylko pilot przebił się ze sterowni do magazynu, potwór wyrósł przed nim w całej swej okazałości. Oślizły, karykaturalny, prawdopodobnie dorosły i i na bank szalenie niebezpieczny gad próbował ciosu ogonem, ale chybił.

Pod pilotem zamajaczyła niewielka, żółta plama. Zwiać w takiej sytuacji z mokrymi gaciami to patos, a nie żadna hańba.

Carmen przeładowała broń energetyczną, spodziewając się rychłego towarzystwa. Nie można było jednak tu za długo zabawić. Szaber musiał trwać, nie wspominając o tym, że zupełnie zapomniała, gdzie uruchamia się tę konkretną kapsułę. Wprawdzie wydarzyło się coś dziwnego i można było już do nich wsiadać (przynajmniej jeśli wierzyć głosowi sztucznej inteligencji, który rozbrzmiewał z głośników), ale jak na złość umknął jej fakt, gdzie znajdowały się włazy. Tymczasem tempo marszruty z kanału wentylacyjnego narastało, a serce waliło jak szalone.

Broń Harrego wypaliła. A jednak był większym kozakiem niż myślałam. Nim paskuda zorientowała się że lekko krwawi, pilot zwiał do gabinetu zabiegowego, zatrzaskując za sobą stalowe wrota. W końcu mógł tu przebrać przemoczone gacie i zaznać choćby krótkiej chwili wytchnienia. Słychać było, jak szpony orają metal od zewnętrznej strony. Niech ktoś mi powie, że to nie dzieje się naprawdę.

Tymczasem Carmen minęła kokpit, rezygnując jednak z możliwości podejrzenia celu ich podróży. Nie znała się na tym, zresztą wciąż żyła złudzeniem, że dotrze do ostatniej kapsuły i stanie się bohaterką, na jaką świat nie zasłużył. A Harry, cóż, może też mu się jakoś uda. Miał szansę schować się w hibernatorium i dolecieć do Ziemi, o ile Nemesis dalej tam podążało. Nie było to jej zmartwieniem. Tak samo jak to, że obok pilota pojawił się kolejny dorosły osobnik!

Brak skupienia i atak na Harrego drogo ją kosztował. Nagle zorientowała się, że hałas słyszy z każdego jednego korytarza i jest odizolowana w północnej części statku. Zaczęła się cholernie bać. Wprawdzie karabin był nabity, ale jeśli przyjdzie coś wyjątkowo dużego, to czy dam radę? Instynkt zwiadowcy wziął górę. Carmen wspięła się na wyżyny możliwości, wyślizgując się z zastawionej pułapki. Nie tym razem gnoje, nie dzisiaj. Chyba coś podobnego wypowiedziała kiedyś bohaterka znanego na Ziemi serialu o jakimś Tronie. Cokolwiek.

Z głębin statku usłyszała żałosne wołanie. Harry był w grubych tarapatach, ale nie mam jak mu pomóc. Właśnie stoczył krótki pojedynek z kolejną bestią, która wyczuła jego obecność z pomieszczenia obok. Nie przypłacę życiem rajdu przez statek, w którym obcy rozmnażają się w takim tempie. Z naszej dwójki ktoś musi przeżyć, choć z pewnych powodów może byłoby lepiej, gdybym to była tylko ja. Korpo na bank nie zapłaci naszej dwójce, a na tej łajbie nie uzbieram bogactwa. Kapsuły, kapsuły, tylko to się teraz liczyło. Carmen przeniknęła do wschodnich sektorów. Ujawniła kolejne pomieszczenie.

Z sufitu zwisały kable i nie działało zasilanie, ale to wyglądało jak śluza ewakuacyjna! Co za fart! Po chwili uświadomiła sobie jednak, że można stąd było sterować szalupą, która samoczynnie odpadła od Nemesis na skutek jakiegoś zwarcia. Jasna cholera, serio? Carmen osunęła się plecami o ścianę i załkała.

Tymczasem Harry przeczekał najgorsze w zabiegówce, trzymając w pogotowiu strzelbę. Potwory oddaliły się, najwidoczniej szukając kogoś łatwiejszego do połknięcia. Choćby i Carmen – pomyślał Harry. Jestem coraz bliżej planu, jeszcze tylko wysłać sygnał i przetaszczyć trupa mechanika w bezpieczne miejsce, dolecieć do Ziemi. Przebadają go najlepsi medycy korporacji, których uprzedzę o tej ekstremalnej sytuacji w Nemesis. Pilot zdał sobie sprawę, w jak trudnym był położeniu. Kokpit znajdował się po przeciwległej stronie statku. To był bilet w jedną stronę. Co innego ostatnia kapsuła. Pamiętał ze szkoleń, że one zawsze lecą na ziemię. Stanie do tego wyścigu i odleci, z Carmen lub bez.

Tymczasem Carmen spotkała potężnego przyjemniaczka, który chciał pozbawić ją facjaty. Zamachnął się mackami, ale kobieta uskoczyła w kąt sektora ewakuacyjnego A dziękując sobie w duchu, że nie odpuszczała treningów. Bestia zahaczyła o te nieszczęsne, skrzące kable, motając się jak w sieci. Karabin wypalił. Dzięki ogniowi zaporowemu wymknęła się z opresji, z obłędem w oczach poszukując włazu do szalupy o literze B. Minęła po drodze komorę dekontaminacyjną, jednak jakimś szczególnym cudem nie odniosła jeszcze ani jednej rany i nie musiała tu zabawić ani chwili, nie licząc rutynowego przetrzepywania rozwalonych gratów.

Z zadumy wyrwał ją Harry, który przebił się w jej kierunku przez tunele wentylacyjne. Jak on wyglądał, hmm. Dane mu było skosztować pysznej galaretki, a i jakiś taki siny po tym czołganiu się, jakby dłuższą chwilę nie oddychał. Do tego krwawił z uda i głowy, jakaś dziwna piana się z tego toczyła. Nie, lepiej się nie zbliżaj, pomyślała. Stój i ani kroku dalej. Pozostały do ujawnienia ostatnie dwa pomieszczenia i któreś stanowi moją drogę ucieczki. Kroki słychać absolutnie wszędzie, a statek plądruje kilka dorosłych stworów. Tuż za nią obcy, któremu dopiero co prysła z pola widzenia. Przebija się do nich, ale utknął na kolejnych pancernych drzwiach. Przerąbane!

Do tego w hibernatorium szalał pożar, a między powalonymi szafami nawigacyjnymi czaiła się wielka maszkara, aktualnie przypalana żywcem przez płomienie.

Pozwól mi przejść do dekontaminacji, jestem zakażony i muszę odkryć prawdę, choćby miało mnie coś pożreć po drodze – rzekł Harry. Carmen, może i naiwnie, ale w godzinie próby zaufała temu draniowi. Tak po prawdzie nadal go lubiła, ale w ekstremalnych sytuacjach z ludzi potrafi wyjść zwierzę. W tej jednej chwili uwierzyła, że oboje mogą opuścić to popieprzone miejsce…o ile on nie chce jej oszukać i wystawić obcym jako przynętę. Długo po sobie patrzyli, w końcu bezszelestnie pomknęła w mrok, wzbudzając hałas w miejscu dla niej niedogodnym, ale ratującym szanse Harrego, który zdecydował się grać w otwarte karty i biec kanałami, by na razie ocalić siebie. Ona jeszcze nie ujawniała zamiarów, nie teraz. Wiedziała, że on musi nadać sygnał i dotrzeć do kapsuły z tym, co pozostało z mechanika.

Carmen przemknęła przez zbrojownię, rozglądając się po podłodze za czymś użytecznym. Ahh, granat dymny, może się przydać. Kieszenie puchły od ilości fantów. Jeszcze trochę, tu się może przydać wszystko.

Już za rogiem musi być wymarzona kabina. Mój Eden złocisty, wybawienie od trosk. Obcy zdominowali statek, ich chrzęst słychać było gdziekolwiek przyłożyć ucho.

Najemniczka szykowała się do ostatniego skoku, mijając silniki statku. Pojedyncze szmery nie były kłopotem, zgubiła pościg, wszak gracja zwiadowcy czasem się przydaje. Wciąż jednak nie wiedziała, dokąd ta maszyna zmierza. Choćby i do piekła, ale z pewnością beze mnie i może bez Harrego. Zmieści się do kapsuły, są dwa miejsca, ale jak będę za długo czekać, to pojawi się obcy, który przyszpili mnie pazurami do fotela.

Harry kolejny raz zakosztował podróży szybem wentylacyjnym, tym razem bez poważniejszych konsekwencji. Choć w komorze dekontaminacyjnej czekał już na niego potwór, pilot nie miał wyjścia. Zdołał przeskanować ciało i odrzucić truciznę, która zalegała w ranach. Obcy tylko na to czekał. Bolesny cios rzucił go na ziemię, ale Harry kontrował strzałem ze strzelby. Szamotali się jak w ringu. Osobnik, który wcześniej przytulił do siebie granat, wydawać się mogło był niemal trupem, ale słowo niemal robiło tu potężną różnice na niekorzyść pilota, który rozpaczliwie próbował wydostać się z celi śmierci.

Tymczasem Carmen pędziła, jak gdyby goniła ją sfora głodnych psów. Zwolniła na moment, przekradła się przez krytyczny punkt i pomknęła na złamanie karku gnana strachem i delikatną iskrą nadziei, że może nie wszystko jeszcze stracone. Gdy dopadła sektora ewakuacyjnego B, była gotowa aktywować sekwencję, ale jej niepokój udzielił się czającym się w cieniu kosmitom. Wyjęła zestaw naprawczy i przywróciła zasilanie w pomieszczeniu. Pomimo działającego skanera pozwalającego wykrywać szmery finalnie dała się zaskoczyć jak dzieciak. W takim momencie, jedną nogą w kapsule! Gdy jednak odwróciła głowę, zobaczyła przed sobą coś straszliwego, co rzuciło nią o ścianę jak szmacianą lalkę.

Królowa roju wypełniała całą sobą wolną przestrzeń. Tu oddychało się niemal wyłącznie śmiercią. Carmen leżała bez ruchu. Film z całego życia wyświetlał się przed oczami najemniczki jak kronika z rzutnika w kinie. Była utytłana w krwi, która kapała zewsząd. To chyba byłoby wszystko na dziś. Odczuwała, jak jej świadomość zaczyna odpływać. Cios prawdopodobnie był zatruty lub jej organizm bronił się w tak niecodzienny sposób…

Harry wołał o pomoc, ale pozostał tam sam jak palec. Iskry sypały się ze zniszczonych instalacji niczym woda ze zraszaczy, a szalejący pożar nie oszczędzał też i jego. Kolejne dwa ciosy niemal społowiły jego ciało. Dłoń wisiała na włosku, podobnie zresztą jak i przetrącone ramię. Całe ciało było pogruchotane.

Jeszcze walczył, bezsilnie tłukąc pięściami o cielsko i spoglądając z tęsknotą za leżącą już bez amunicji strzelbą. Harry nie umiał wyjaśnić co się stało. Czy był to chichot historii? Ranny obcy w końcu padł na kolana, trzymając pilota w objęciach zimnych jak śmierć. Jemu kręciło się w głowie, ale nadzieja zmarła w ciągu następnych sekund. W miejsce obcego pojawił się następny…

Carmen wydobyła syntetyczne żarcie i poczuła nagły zastrzyk adrenaliny. Poderwała się na równe nogi i pchnęła granatem dymnym w paskudne cielsko królowej, po czym w gęstych oparach wycofała się do centrum kontroli napędu, konsumując resztki specyfiku. Ilość fantów nie zgadzała się, a zdezorientowana królowa próbowała odnaleźć ją swoimi nieludzkimi zmysłami. Oddal się, cholera, oddal się z tego sektora!

Pewne rzeczy przypominały jej projekcję iluzji, coś z pogranicza snu. Ktoś sobie z nimi pogrywał. Jak inaczej wytłumaczyć fakt, że Carmen przyglądała się wrogom przez mglistą zasłonę, a ci nagle, jak gdyby rażeni prądem, oddalili się? Obserwacja z ukrycia tak pięknie pasowała do zwiadowcy. Do tego ją szkolono i umiejętności nie zawiodły jej w godzinie próby. A może był to czysty przypadek?

Harry zgasł od ciężkich ran i płomieni. Oczyszczający ogień pochłonął go wraz z obcym. Wtedy już nic nie czuł, a komora dekontaminacyjna okazała się być jego grobowcem.

W tym samym czasie Carmen rozwaliła właz. Tym razem nie umknęły jej żadne szmery i umiejętnie zmyliła obcych. Odruchowo sięgnęła głowy, a tam… lepiej nie myśleć, byle tylko rana nie była zakażona. Kobieta czekała jeszcze na ostatniego żywego członka załogi, jednak statek zaczął niebezpiecznie przyspieszać, a od strony pola walki zaległa przerażająca cisza.

Carmen, targana lekkimi wyrzutami sumienia, zasiadła w kapsule, zapięła pasy i upewniła się, że zabrała ze sobą wszystkie błyskotki. Odniosła ciężką ranę, ale może nie było tak źle. Kapsuła po wprowadzeniu sekwencji zwyczajnie odpadła od statku w kierunku wcześniej ustalonym. Pojazdy zsynchronizowały się, a na pulpicie wyświetliły się najważniejsze parametry Nemesis. Dwa z trzech silników były uszkodzone, a na domiar złego ktoś wprowadził koordynaty w przestrzeń kosmiczną. Już nikt nie odnajdzie tego mknącego donikąd statku, kosmos połknie go na wieki. Przecież i tak nie było szans dla Harrego, pocieszała się naiwnie.

Carmen zadumała się nad towarzyszem po raz ostatni, mdlejąc od odniesionej rany. Mechaniczny asystent pobrał próbkę skażenia do badania. Dała pozytywny wynik. W tej sytuacji procedura była jasna – test należy powtórzyć z materiałem porównawczym. Gdy minęło kilka chwil, a kobieta odzyskiwała przytomność, usłyszała nad uchem głos konstruktu: żyjesz maleńka i żyć będziesz jako bohaterka, ale na wszelki wypadek zacznij opowiadać już teraz, rozpoczynam nagrywanie.

By korporacja zdążyła poznać Twoją wersję przed lądowaniem i ewentualnie przeciwdziałać. Katastrofy w kosmosie, ahh, jakiż to lotny temat. Nikt się nie zmartwi śmiercią przypadkowego zwiadowcy w samotnej kapsule, który opowiada zmyślone historyjki o jakimś Nemesis… Tego robot na głos nie powiedział, siląc się na mechaniczny uśmiech i rejestrując każde słowo wypowiedziane przez Carmen.

Bang, to jest to! Doprawdy, nie wiem jak to mogło się udać, ale udało! Carmen pomimo karty zarażenia dotarła na Ziemię, a jej wersja zdarzeń, cóż… 😉 Radości nie było końca, zwłaszcza że jak słyszałem z licznych opowieści rzadko kiedy którykolwiek z graczy odnosi tu zwycięstwo, bo regularnym zwycięzcą jest tu całokształt okoliczności zachodzących na statku Nemesis.

Zabawa zaczyna się już na poziomie wyboru postaci. W wariancie dwuosobowym każdy z nas dostał losowo dwie karty i musiał jedną z nich pozostawić, a drugą wyrzucić. Trafiłem na zwiadowcę i żołnierza. Ten drugi wydawał się świetny do walki, ale tego dnia szukałem postaci bardziej subtelnej, która zagrożeń będzie unikać, a nie do nich strzelać.

Ostatecznie wybrałem Carmen (imię zmyślone na potrzeby tekstu), która jako zwiadowca z elfią gracją miała wymijać poważniejsze zagrożenia. Przemek wylosował pilota i mechanika, jednak postawił na pierwszą postać, gdyż jak mi potem powiedział „lepiej pasowała do jego celów” 😉 Przejrzałem karty pozostałych aktorów rozgrywki i to, co mi się spodobało, to ich równowaga. Indywidualne wyposażenie na start plus wybrane karty nie pchają nas w kierunku oczywistych wyborów.

Pokład składa się z kilkunastu pomieszczeń, które na starcie pozostają zakryte. Każde z nich jest dodatkowo oznaczone znacznikiem stanu. Pierwsze wejście postaci w takie miejsce powoduje odkrycie pokoju wraz z jego kondycją i ilością plus kategorią przedmiotów do odnalezienia. Może być pełne śluzu, może w nim szaleć pożar, a może być w pełni sprawne, wliczając w to urządzenia. Rewelka. Mamy zatem element przepatrywania statku, który z każdym rozdaniem będzie wyglądał inaczej. Brak szansy grania na pamięć, według schematu. Jest to czynnik losowy, który uświetnia Nemesis i przydaje mu kolejnej porcji klimatu. Przemieszczanie odbywa się korytarzami albo wentylacją (w wersji podstawowej szyb jest zamknięty, ale my graliśmy z dodatkiem odblokowującym ten wariant dla graczy).

Czy obcy są potężni? To zależy, jak nam idzie dociąganie żetonów na etapie kolonii. Dorosły mutant, którego w drugiej części gry z reguły spotkamy najczęściej, potrafi boleśnie uderzyć. Jak silny jest to cios określa karta z talii. Zawiera ona informację, które konkretnie osobniki przeprowadzają walkę. Może być zatem tak, że obcy na etapie swojego rutynowego ataku… nie podejmie działań. Co ciekawe, ilość wbitych w niego ran zostaje na stole (jako znaczniki), natomiast po każdej zadanej ranie sprawdza się jego kondycję dociągając kartę z talii. Jeśli na symbolu krwi jest tyle samo lub mniej obrażeń, kosmita odchodzi w próżnię. Jeśli nie, niestety dla nas trwa dalej i próbuje rozszarpać postać. Plus wbijać karty skażeń. Każda jedna zwiększa szansę na śmierć postaci w późniejszym czasie. W ten sposób Przemek podczas gry spędził 3 lub 4 akcje pilota. Obcy obrzucony granatem i poczęstowany dwoma celnymi trafieniami wylosował „5” na karcie i wciąż napierał na pilota przy 4 obrażeniach własnych.

Bardzo ciekawym elementem jest interakcja między postaciami. Gra nie jest typową kooperacją ze względu na losowe cele, które często będą się wzajemnie wykluczać. Jeden pochodzi z talii korporacji, a drugi jest osobisty. Gdy na stole zawita pierwszy osobnik, jest to moment, kiedy natychmiastowo gracze podejmują decyzję, od której nie ma później odwołania. Dla przykładu 20 czerwca zdecydowałem się zbierać łupy, ale tydzień wcześniej mojej postaci zależało na tym, by ta od rywala zakończyła grę przed czasem.

Postać, a nie gracz, doprecyzujmy to. Gra wymaga dużego dystansu do siebie i kompanów, gdyż blef w Nemesis potrafi wywrócić partię do góry nogami, a nietrudno mi wyobrazić sobie sytuację, gdy u niektórych „kwas” będzie trwał jakiś czas po spotkaniu. Poziom wczuwki jest taki, na jaki postawicie. Jeśli zaangażujecie się, to serio – poczujecie się jak na tym statku, ważąc potem każdy jeden ruch. Zaufanie może być kluczem do zwycięstwa obu lub jednej postaci, bo też zależy, czy zwycięstwo współgracza uznacie za wasz wspólny sukces jako załogi. Nieufność …może czasem uratować skórę, gdyż nie nabierzecie się na słodkie kłamstwa i będziecie uparcie robić swoje. Możecie grać w otwarte karty, bo nikt wam nie zabroni. Możecie zabunkrować się w narożnikach stołu i spode łba spoglądać na kolejne ruchy rywali. Albo gdziekolwiek pomiędzy, gdyż spektrum dopuszczalnych postaw jest szerokie. Czynnik psychologiczny mocno towarzyszy Nemesis. Możesz pożegnać się z wygraną, gdy kompan któremu pomogłeś w samej końcówce nakaże Ci iść do pomieszczenia z obcym (karta kapitana) lub na przykład opuści pomieszczenie z obcym i zamknie wszystkie dojścia (przedmiot zwiadowcy). Co istotne, gracze nie mogą atakować siebie wprost, natomiast wydawca gry pozostawił przestrzeń na różne inne subtelności, choćby te, o których wspomniałem powyżej 😉

Podczas gry zachodzi tak wiele zdarzeń, że tylko z przyczyn niezależnych od was misterny plan rozpadnie się na atomy 5 minut po starcie. U nas było blisko – z dwóch kapsuł jedna na skutek losowego zdarzenia po prostu odpadła od statku. Mocno zawęziło to moją szansę na wypełnienie misji zważywszy na fakt, że widziałem też minę Przemka, gdy pomachaliśmy tej kapsule 😉 Sprawdzanie warunków zwycięstwa po grze też was zaskoczy. Zrobiliście misję i udaliście się do hibernatorium? Wygrana? Świetnie, ale sprawdzamy, czy przynajmniej dwa z trzech silników są sprawne (w ciągu gry można przy tym manipulować). Nie są? Nemesis mówi Ci „papa!”. Okej, statek leci… ale odkąd? Jeśli kurs był ustawiony na Ziemię (można zmieniać w toku rozgrywki), to jest luzik. Jeśli gdziekolwiek indziej (z wyjątkiem Marsa i tylko jednej misji), to ponownie „papa”. Gdy musisz położyć na Nemesis dziewiąty żeton awarii pomieszczenia lub pożaru (a więc kończą się znaczniki w pudełku), to dochodzi do rozszczelnienia kadłuba i wszystko wysypuje się ze statku. Z waszymi postaciami włącznie. Lub tak jak u mnie – wpadłem do kapsuły z kartą zarażenia i po grze dokonaliśmy jej przeskanowania (to fajny gadżet tej planszówki). Wyszło, że z Carmen coś nie tak. Wtasowałem tę kartę do talii 10 kart akcji i dociągałem 4 z nich. Jeśli wśród nich powtórzyłby się pierwszy wynik zakażenia, to cóż… saluto, żegnasz się ze zwycięstwem. Na tym etapie widać jak na dłoni, że im więcej takich kart uzbierasz, tym więcej niepewności czeka Cię po grze.

Wydarzenia. Gdy gracze rozegrają już wszystkie swoje akcje i obaj spasują, jednym z momentów jest dociągnięcie karty losowej, która jest znaczącym wydarzeniem każdej jednej rundy. Poza zniszczeniem kapsuły może to być uleczenie wszystkich osobników na planszy (troll face) albo jak wczoraj, na farcie, obserwacja z ukrycia. A może być wiele innych zdarzeń. W poprzedniej grze mój kapitan zainkasował po nieudanym pojedynku larwę, by po 3 minutach Przemek dociągnął wydarzenie, iż wszyscy z larwami kończą na dziś zmagania. Bez szans na jakikolwiek manewr, tiaaa… 😉

Konkludując, Nemesis jest poważnym tytułem, który powoli przeistacza się w legendę. Siadając do stołu powinniście mieć świadomość, że sięgacie po grę z najwyższej półki, który zdobywa uznanie na całym świecie i to nie pierwszy rok. To emocjonalny rollercoaster, a śmierć dla waszych postaci czai się za każdym rogiem. Stopień losowości jest tu bardzo duży, jednak da się go częściowo niwelować zagraniami kart z ręki czy wyborem akcji. Jeśli uwielbiacie mieć pełną kontrolę nad przebiegiem rozgrywki, a taka gwałtowna zmienność losu was odrzuca, to z dużą dozą prawdopodobieństwa Nemesis wam nie podejdzie. Tak samo, jeśli nie złapiecie dystansu do samej gry i negatywnej interakcji, jaka na którymś etapie rozgrywki się pojawi. Być może rywal czeka na śmierć Twojej postaci, ale i Ty sam możesz coś takiego trafić. Wtedy będziesz podkładał nogę i serwował inne złośliwości, bo nie da się po prostu podejść i strzelać. Prawdopodobnie nadejdą momenty, kiedy będziesz musiał zdecydować, czy pomóc współgraczowi w udaniu się w jakieś miejsce lub załatwieniu bestii czy też odwrócisz się plecami idąc po zwycięstwo (które i tak Nemesis może wytrącić Ci z ręki za następnym skrzyżowaniem korytarzy).

Dla mnie to absolutna topka i 10/10. O grach takiego kalibru marzyłem wiele lat temu, gdy w sklepie można było wybrać spomiędzy pięciu tytułów. Wszystko jest tu na swoim miejscu, począwszy od raczej oczywistych, ale dobrze skalibrowanych profesji, przez dreszczyk emocji związany z eksploracją statku, aż po ciekawy katalog przedmiotów (w tym opcję wytwarzania samoróbek!), walkę z obcymi, pożary, awarie i wydarzenia, które sprawią, że partia zmieni się o 180 stopni. Wykonanie także ekstraklasa! Nawet insert na części wygląda na przytomnie zaprojektowany, co wcale nie jest normą w grach nawet i za kilka stów.

Plus cele, od których zależy Twoja późniejsza postawa. Czy podczas następnej partii staniesz się dążącym do choćby częściowej współpracy „mr nice guy” czy może wprost przeciwnie – jedne zamknięte z premedytacją drzwi sprawią, że żaden inny gracz nie zwycięży i nie uratuje Ziemi przed zagrożeniem? Twój ruch. Zagraj na tyle, na ile los pozwoli. A ten na Nemesis bywa bardzo, ale to bardzo kapryśny. Na bank jeszcze sobie polatam w Nemesis, po prostu warto. Uszanowanko 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.