Tykanie jak echo. Zegary szachowe w bitewniakach.

Wielu z nas spieszy się na co dzień. Do pracy, z pracy. Na uczelnię, z uczelni. Do centrum, z centrum. Coraz częściej odnoszę wrażenie, że pośpiech przekrada się, niesłusznie zresztą, także do bitewniaków. Coś, do dla mnie osobiście jest od wielu lat polem relaksu, formą hobby i spotkania z drugim człowiekiem bez nadmiernego łypania okiem na czasomierz, dla innych staje się naprawdę poważną sprawą, a jak wiemy poważne sprawy wymagają poważnego traktowania, albowiem jesteśmy dorośli 😉

Całkiem niedawno podczas dyskusji online pojawił się pomysł wypróbowania zegarów szachowych w grze A Song Of Ice And Fire i na tym przykładzie pogłówkowałem nad tematem. Padł argument: z drugiej strony musimy się wyrabiać, a wszyscy mamy z tym problem. Przyznam, że w temacie zegarów w bitewniakach od lat stoję na jednym i tym samym stanowisku – to po prostu kiepski pomysł, przy czym czasami, dla niektórych tytułów, to jeszcze gorszy pomysł.

Pieśń Lodu i Ognia jest systemem z jednej strony skonstruowanym w oparciu o wzorową prostotę, ale z drugiej składającym się z licznych, zachodzących na siebie subtelnych mechanizmów. Majstersztyk polega na tym, że zasady są spisane kompaktowo, ale podczas gry naprawdę nie ma nudy. Oddziały aktywują rozkazy, poruszają się, zdają testy na pancerz, odpalają umiejętności, przerzucają kostki, a gracze serwują sobie lub rywalom atrakcje z toru politycznego czy w końcu zagrywają asy z licznych rękawów (przy czym wiadomo, że bluzy Lannisterów będą posiadać ich kilka, choć niby widać dwa :D). To wszystko nakłada się na siebie w dynamicznym procesie decyzyjnym.

Problem numer jeden pojawia się w momencie licznych interakcji między graczami. Klik w apkę i mój czas. W mojej turze, po moim ataku, rywal testuje pancerz. Klik w apkę i jego czas (to przecież w jego interesie się bronić). Rzuca. Klik w apkę i mój czas. Wydaję żeton stanu. Klik w apkę i jego czas. On przerzuca. Klik w apkę i mój czas, aaa nie, klik w jego apkę, bo kostka spadła ze stołu. Klik w moją apkę. Zagrywam kartę z ręki. Rywal kontruje, zatem klik w apkę i jego czas. Wołamy sędziego, bo nie możemy rozstrzygnąć jakiejś kwestii. Klik w czyją apkę? Chwilowo nie jesteśmy w stanie porozumieć się nawet w kwestii tego, kto bardziej nie rozumie zasad (a więc czyje klik?) 😀 Czujecie to? Sezon poszukiwań absurdu uznajemy za otwarty. Albo klikamy każde przerwanie ruchu (jak powyżej) albo opracowujemy jakiś schemat postępowania kiedy klikamy, a kiedy jednak nie klikamy (np. w naszej turze ataku rzuty rywala na pancerz mieszczą się w naszym pakiecie), jak gdyby za mało było w bitewniakach reguł do przyswojenia. Przerostu formy nad treścią czas start.

Zamiast swobodnego grania mamy zatem ścisłą kontrolę czasu niczym odbijanie się w dużych korporacjach imienną kartą. Z mojego punktu widzenia kompletnie nie o to chodzi w bitewniakach. Między innymi także dlatego lata temu nie podeszła mi Warmachine, gdzie drobiazgowość w zakresie liczenia ziaren piasku nie była czymś, co mnie zachwyciło. A jak skończy Ci się czas, to cóż, przegrałeś byku! Nie przez KO, ale nokaut techniczny, nadal przed ostatnim dzwonkiem. Ewentualnie możesz popatrzeć, jak rywal masakruje Twoje wojska bez możliwości reakcji, no bo Twój kawałek tortu został już zjedzony, także łap dokładkę i smacznego.

Tym gorzej tego rodzaju pomysły sprawdzają się w środowiskach dopiero powstających. To drugi problem. Granie pod presją czasu (nie mylić z ramówką, choć o tym za chwilę) mija się z celem. Mnie osobiście przestaje to sprawiać przyjemność, a przepoczwarza się w jakiegoś rodzaju obowiązek. Odkąd śmigam w bitewniaki i bywam na turniejach, rozgrywki postępują według tego samego schematu. Gra kończy się albo po upływie ilości rund/tur określonych przez scenariusz/ramowe zasady gry, po osiągnięciu jakiegoś wyraźnego celu albo po osiągnięciu limitu czasu. Wszystkie wymienione rozstrzygnięcia są w pełni legalne, ale pojawia się tego rodzaju kwestia, iż jeśli gracz celujący w podium natrafi na wolniej grającego rywala, a więc nie wyciśnie gry do końca, nie wymaksuje wyniku i pożegna się z pudłem. Tak po prostu jest. Turnieje nie są domeną takich czy innych graczy. Są domeną wszystkich uczestników.

Musimy się wyrabiać – gdy kończymy bitwy w przewidzianych widełkach czasowych (nawet po 4 rundach), to się wyrabiamy. Musimy? Ależ nie musimy, ale w większości, o ile nie wszyscy, przecież i tak chcemy! 🙂 OK, czasem musimy, bo pracownicy sklepu też kiedyś chcieliby się wyspać i spędzić czas z bliskimi 🙂

Jedni grają 6 rund i kończą minutę przed z wynikiem 14-8, natomiast inni kończą partyjkę po 4 rundach przy 5-5 i zostaje im 10 minut, akurat na zgłoszenie wyniku i spokojne spakowanie się. Czy z tymi drugimi jest coś nie w porządku, bo grali bez pośpiechu, a tam z tyłu jeszcze słychać krzyki i chłopaki wręcz parują przy stolikach? Spokojnie. Z jednymi i drugimi jest wszystko dobrze, tylko różnią się podejściem 🙂 Nawet w obrębie jednej imprezy sami przy jednej grze zostawimy stół jak stoi, a w kolejnej odmierzamy ćwiartki cali na 30 sekund przed końcem. Rzucę sztampą – kto był, ten wie 🙂

Gracze grają w różnym tempie. Nie wszyscy traktują turnieje jako sprawę rangi olimpijskiej. Nie wynalazłem koła na nowo, serio. Ludzie przychodzą sobie porzucać na luzie kostkami, pogadać, spotkać kumpli, poznać środowisko, pooglądać ludki, zainspirować się jakimiś pomysłami na listy armii, wygrać czy zwyczajnie przeżyć coś miłego w stylu niespodziewanego, spektakularnego zwycięstwa (test wielokrotnego wyboru ;)). Nie spieszą się z założenia lub z natury, może są flegmatykami albo długo myślą nad każdym ruchem. A może źle się czują, nie wyspali się, ale jednak dotarli na imprezę (nie każdy bohater nosi pelerynę). Tak po prostu jest. Przychodząc na turniej możemy spotkać zarówno starych wyjadaczy, jak i młode wilki, które kupiły modele kwadrans wcześniej (tak, w Pieśni to możliwe, bo ludki są gotowe do jatki po otworzeniu pudełka). Idąc na turniej jestem tego świadom i chciałbym wierzyć, że każdemu przyświeca to tak samo.

Zdarza się, że oczekuję trochę większego zaangażowania rywala w szybsze decyzje. Zdarza się, że wyczuwam to samo ze strony rywala w następnej grze. Dopóki to wszystko pozostaje jednak w granicach dżentelmeńskiego stylu bycia (wszak wiele środowisk bitewnych już od dawna nie musi aspirować do tego miana, gdyż to się wydarzyło :)), a może i nawet obrócenia tego w jakiś niestrofujący żart, to jest OK. Choć są i tacy, którzy rzucą Ci po krakosku – grajże chopie! 😉 Są też inni, trochę bardziej bezpośredni, którzy zadumani staną i z otchłani gardła rzekną – GRAJ, NIE WIDZISZ ŻE ZOSTAŁY NAM TYLKO KWADRANS I 2 GODZINY? Ludzie są przeróżni, to świetne.

Twierdzę jednakowoż, iż turnieje są areną pewnych kompromisów ze strony uczestników, choć niektóre nie są artykułowane wprost. To właśnie tutaj, jak wykazałem powyżej, spotykają się przeróżni ludzie z odmiennymi priorytetami i nastawieniem do tej samej gry. Nie każdy ma ochotę siedzieć i nieustannie kontrolować upływające sekundy i minuty w aplikacjach. Bardziej personalnie – ja nie mam. Nie przychodzę na turniej bawić się w zegarmistrza. Z drugiej strony rozumiem, że niektórym zależy głównie na wygrywaniu, a pełna ilość rund daje sposobność do podwyższenia wyniku. Nie odmawiam temu racji bytu, ale to wszystko na turnieju powinno się balansować. Tak sądzę.

Mimo to zegarom szachowym mówię nie. To moment, w którym przyjemność niebezpiecznie zaczyna przeradzać się w obowiązek – grania w bardzo mocno określonych ramach. Jak się od tych ram odkleisz, no to cześć i papa. Jeśli ktoś twierdzi, że rywal celowo opóźnia grę (stallowanie), zawsze może pogadać z sędzią, który przypatrzy się ruchom i wyda jakiś werdykt, taki czy inny. Według mnie wdrażanie zegarów do bitewniaków to nic więcej jak tylko teoretyczne dążenie do równości stron. W praktyce i tak w o wiele lepszej sytuacji znajdzie się gracz, który zasady zna tak dobrze jak własną kieszeń. Jemu minuty nie będą przesiąkać przez palce jak temu nowicjuszowi, który dopiero chwycił za stery. Zegary wówczas są tylko dodatkową komplikacją, która utrudnia granie osobom grającym wolniej/słabiej znającym prawidła systemu. Turniej powinien być miejscem komfortowego uskuteczniania hobby dla wszystkich tak by ludzi scalać, a nie oddalać ich od siebie 🙂

Co do natomiast zegarów na wielkich imprezach typu mistrzostwa Polski. Choć tu obecność zegarów byłbym skłonny nawet i zaakceptować, to jednak nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że lada chwila temat zszedłby w dół, a orędownicy tego pomysłu tłumaczyliby, że przecież trzeba lokalnie trenować, więc niech będzie tak samo jak na mistrzostwa i temat nagle przedostaje się na wokandę tylnymi drzwiami.

Dorzucanie sobie dodatkowej presji w czymś, co z natury jest dla mnie lajtową grą i miłą katapultą od spraw codziennych, nie spotyka się z entuzjazmem. Dzięki, ale to nie moja bajka. Na dzień dzisiejszy nie odnajduję frajdy w sytuacji, w której zamiast uśmiechu i obserwowania pola bitwy patrzymy sobie nerwowo na klikane naprzemiennie zegarki, jak gdyby zapisano tam wynik naszego spotkania. Napiszmy ten wynik sami w optymalnym dla nas czasie, tak dzięki naszym umiejętnościom, jak i odrobinie szczęścia w kostkach (albowiem, jak napisał kiedyś niezidentyfikowany gracz bitewniaków, luck is also skill) 🙂

2 myśli w temacie “Tykanie jak echo. Zegary szachowe w bitewniakach.

  1. Hansolo 12/06/2022 / 12:08

    Temat jak dla mnie dość złożony i niejednoznaczny.

    Wspomniałeś w tekście o Warmaszynie. Tam akurat zegar ma prawo działać, bo interakcja gracza w trakcie tury przeciwnika jest praktycznie zerowa (albo gracz „nieaktywny” nic nie robi, albo tylko rzuca pancerz, już nie pamiętam). W systemach gdzie decyzyjność zmienia się jak w kalejdoskopie (np. ASOAIF) nie widzę jak by to miało technicznie wyglądać. Z tych samych powodów co opisałeś – będziemy przeklikiwać zegar co pół sekundy?

    Co do tego że turnieje gracze przychodzą w różnych celach. Owszem, zgadzam się, sam jak jeszcze jeździłem poza Trójmiasto to jechałem nie dla wyniku, tylko dla samego grania. No właśnie – GRANIA! Mamy, dajmy na to, 2h 30m na grę, a mój przeciwnik gra na tyle wolno że jego tura zajmuje 45 minut, moja 15. Niby jego prawo grać w takim tempie w jakim mu wygodnie, ale czemu ma na tym cierpieć moja zabawa? Też chcę poprzesuwać figurki, a nie patrzeć na stół 😛

    Dalej kwestia dużych turniejów i „przecież trzeba lokalnie trenować, więc niech będzie tak samo jak na mistrzostwa”. Tu już zahaczamy o „głębszy” problem naszego środowiska. W jakąkolwiek grę bym nie zaczął się bawić, zawsze widzę bardzo silny nacisk w środowisku (by nie powiedzieć „zawsze widzę”) by grać „turniejowo”. Bo trzeba „ogrywać rozpy”, bo trzeba „trenować”, bo „gram jak meta”, bo cośtam. Przyszedłeś z klimatyczną rozpiską zagrać dla zabawy? No sorry, cierp dostając bęcki od super zoptymalizowanej turniejowej rozpiski. Ale jak już wspomniałem – to problem bardziej złożony niż „zegar szachowy – tak czy nie?”, może nawet temat na jakiś felieton.

    Na koniec uwaga osobista. Ja czas na granie mam jedynie w trakcie tygodnia, po pracy (tak zaczynając o 17-18). Mimo że to nie jest turniej, nie mam zbyt ochoty siedzieć w sklepie 3-4 godziny bo przeciwnik „gra swoim tempem” (a potem jeszcze przebijać się do domu przez pół miasta). Nie ogarniasz jeszcze wszystkich mechanik grania? Zacznij jak mniejszego formatu, z mniejszą ilością oddziałów/modeli, gdzie nawet jak trzeba pomyśleć i wytłumaczyć to pójdzie dość sprawnie. Nabierzesz wprawy – idź wyżej. Nie trzeba od razu grać na „format turniejowy” (patrz akapit wyżej).

    Podsumowując wywód: zegary nie, ale, na miłość boską, nie zamulamy 😛 I nie musimy zawsze i wszędzie cisnąć „turniejówek”.

    • Ranger 12/06/2022 / 21:13

      Nawet jeśli w Warmachine to działa (a raczej tak, skoro przez tyle lat jest to część składowa gry), to i tak nie przekonuje mnie wizja ciągłego klikania w apkę i drobiazgowego mierzenia czasu 🙂 Zresztą pomimo iż nie grywam w ten system, to wciąż życzę producentom dobrego pomysłu na odświeżenie tytułu. Nadal twierdzę, że tam siedzi spory potencjał. Widziałem kiedyś nowe wzory i… niestety, ale dla mnie bez polotu, jak gdyby czas tam stanął w miejscu. To wszystko w dodatku jest drogie (mowa o nowościach), chyba nadal sporo w żywicy/metalu. Warmachine i Hordy mają ciekawe zaplecze fabularne, natomiast na dziś od strony wykonania i zasad nie przekonuje mnie zupełnie.

      Ludzie grywają w różnym tempie. Jak wspominałem w tekście – dopóki wszystko mieści się w granicach fair play i zdrowego rozsądku, to luz. To o czym piszesz to sytuacja skrajna, ale fakt – na wyjeździe to może zaboleć podwójnie. Szczęśliwie w Infi dzięki ARO trochę inaczej rozkłada się sprawa czasu, bo w turze rywala nadal grasz, nawet jeśli pasywnie 🙂 W pozostałych sprawach głos powinni zabierać sędziowie.

      Krzychu, w Polsce w bitewniakach niemal wszędzie i we wszystko są turnieje. Tak po prostu jest. Siedzisz w tym od lat, to wiesz. Na szczęście istnieje „głosowanie nogami” i obaj mamy wybór brać lub nie brać udziału 🙂 Mnie dla przykładu Bolt Action totalnie nie podchodzi turniejowo i jakże się cieszę, że największe wydarzenia w Rumi to po prostu wydarzenia, a nie szwajcar i jedziemy z koksem. Zresztą w skali kraju turnieje to niewielki odsetek. Zdecydowanie też wolę rozgrywać pojedynki między armiami, które faktycznie ze sobą walczyły. Z kolei w Pieśń tury są dla mnie spoko, ale też nie zawsze mam ochotę siedzieć cały dzień poza domem i nieraz preferuję jedną czy dwe gry poza tą całą turniejową machiną. Właśnie dla klimatu, gdzie nie trzeba się tak spieszyć plus jest okazja spokojnie pogadać nie tylko o grze.

      Tak, to co proponujesz ma sens. Nie trzeba od razu sięgać po najwyższe formaty, gdy producent gier lub środowisko wprowadza niższe pułapy, na których można bezpiecznie nauczyć się latać. Tak jest w Infi (200), tak jest w Pieśni (30), w Bolt Acton można rozgrywać patrole, a Kill Team jest tak mały, że tu nawet nie ma przestrzeni na coś mniejszego 🙂

      Piona, do rychłego zobaczenia przy stole 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.