Na lewy most naprzód marsz! Operacja Bagration w Bolt Action! Relacja z gry w Krakowie

Witajcie 🙂 Podczas tegorocznego urlopu miałem pewne założenie – wygospodarować czas na hobby. Szczęśliwie się złożyło, że dane mi było odwiedzić Kraków i razem z moimi kompanami zagrać naprawdę epicką bitwę w Bolt Action. Na spotkanie czekaliśmy długie 9 miesięcy, po drodze planując i obmyślając, jak to wszystko najlepiej zorganizować. 12 sierpnia br. nadszedł wyczekiwany dzień! Dotarliśmy do modelarni Agtom przy ul. Mogilskiej w Krakowie, gdzie przyszło nam się zmierzyć w jednej z naszych ulubionych gier.

Miejsce to funkcjonuje na lokalnej mapie bitewniaków od stosunkowo niedługiego czasu, jednak w fajny sposób wypełnia lukę dla hobbystów. Mogą oni tu przyjść i spędzić czas bawiąc się na przykład w modelarkę na kilku wygodnych stanowiskach, gdzie dostępne są m.in. aerografy, narzędzia czy chemia modelarska (a jak wiemy nie każdy ma w domu warunki do spokojnego malowania), jak i umówić się na bitwę.

Grę rozegraliśmy na aktualnych zasadach Bolt Action w formacie 1800 punktów, podzielonych na 2 plutony po 900 punktów na stronę. Wraz z Sevim wystawiliśmy po jednym plutonie niemieckim, natomiast Piotr przywiózł formacje radzieckie. Uzgodniliśmy wcześniej, że okres bitwy przypadnie na Operację Bagration. Nasz selektor to 1943-1944 na froncie wschodnim, natomiast Piotr wybrał dedykowany wariant ZSRR dla tej operacji.

Nim przejdę do relacji dwa słowa wyjaśnienia. Płonący T-34 na środku pola bitwy to makieta, wodę traktujemy jako trudny teren (a więc możliwy do forsowania przez piechotę, jednak bez marszu), a kostki nie zawsze pokazują faktyczny rozkaz jednostki. Ze względu na wysokie tempo rozgrywki robiliśmy ruch, a kostka była de facto oznaczeniem aktywacji, kładzionym po wykonaniu akcji 🙂

Scenariusz wylosowaliśmy przed grą. Kostki pokazały nam ostatni, dwunasty wariant z podręcznika, a więc Quarters. Punktowane są zniszczone oddziały rywala (za 1), a dalej: jednostki pozostające w swoich dwóch ćwiartkach stołu (za 1) oraz jednostki, które zdołały przebić się do ćwiartek rywala (za 3). W każdym razie tak się umówiliśmy przed grą 😀 Opis bitwy jest lekko fabularyzowany, nie wzorowaliśmy się na niczym konkretnym. Kierunki świata z perspektywy sił niemieckich.

Do sierpniowej bitwy doszło na terenach Białorusi w miejscowości, której nazwa zaginęła w kronikach i oficjalnych dokumentach. Krajobraz był typowy dla frontu wschodniego. Jak okiem sięgnąć dominowały tu rozległe tereny rolnicze, zaorane pola i wysokie trawy. Wokół pojedynczych gospodarstw nie brakowało krzewów, kurników czy studni.

Przy rzece stał opustoszały dworek szlachecki, będący siedzibą lokalnego dostojnika z czasów przedrewolucyjnych, a po drugiej stronie miasteczka widniała perła tych okolic – cerkiew wznosząca ku niebu złociste kopuły, które jakimś cudem uniknęły zniszczenia w dobie toczących się walk dniem i nocą.

Dla kontrastu martwe, uschnięte drzewa z długimi gałęziami bez liści przypominały żołnierzom o groźbie wszechobecnej śmierci oraz karze, jaka czekała na dezerterów. Wszystkie elementy pola bitwy łączyły ze sobą odcinki dróg w różnym stanie, ochoczo eksploatowane przez żołnierzy obu stron konfliktu do przerzucania swoich sił.

Niemcy byli w potrzasku. Lokalne oddziały Wehrmachtu były mocno przetrzebione, a sytuacja SS nie była wcale lepsza. W obliczu postępującej Operacji Bagration ze wschodu dowództwo niemieckie wydało lokalnym siłom rozkaz siłowego rozpoznania wroga i zajęcia miejscowości, której znaczenie mogło uchodzić uwadze prostych żołnierzy, jednak nie generalicji.

Tereny te dawały możliwość zabezpieczenia skrzydła chwiejącej się w posadach sąsiedniej dywizji Wehrmachtu. Oczywiście nie była to wiedza na wyłączność strony niemieckiej. Oficerowie radzieccy równie doskonale rozumieli powagę sytuacji i chcieli błyskawicznie wyprzeć stąd wroga, tworząc tu w przyszłości przyczółek dla kolejnej fazy operacji.

Bezpośrednie rozpoznanie walką oznaczało dla żołnierzy konfrontację twarzą w twarz, bez chowania się w okopach i na poddaszach. Gdy nastało południe, odprawione już strony ruszyły do boju z nadzieją, że to im przyjdzie zwyciężyć nadchodzące, ciężkie starcie.

Siły radzieckie wystawiły swój trzon w centrum oraz na prawej flance niemieckiej. Stopień wyszkolenia oddziałów był zależny od stażu na froncie.

Weterani stanowili desant ulokowany na pojazdach, dzięki czemu mogli cieszyć się w miarę wygodną jazdą. Ich pepeszki wyraźnie odcinały się na tle wszechobecnych, pospolitych karabinów. Pozostali żołnierze zmuszeni byli przedzierać się przed błoto i krzaki.

Mrowie piechoty wspierał wzór pancerny BA-64, T-34 oraz SU-85. Ciężka haubica nie najlepiej wpływała na morale niemieckich oddziałów, widzących w niej karykaturalnego potwora ze stanowczo zbyt dużym działem.

Niemiecka piechota, choć ustępująca liczebnie, zyskiwała przewagę w lepszym wyszkoleniu. Żołnierze Wehrmachtu to regularne wojsko wspierane przez pionierów-weteranów, natomiast pluton SS w większości przeszedł na własnej skórze piekło frontu wschodniego, nie licząc w zasadzie młodzików obsługujących moździerz.

Wsparcie pancerne gwarantował SdKfz 222, Stug III F, Panzer IV z bocznymi ekranami oraz Opel Blitz. Wehrmacht i SS rozciągnęły linię frontu, licząc na wsparcie żołnierzy, którzy mieli nadjechać z pobliskich koszar i jak to na tym etapie wojny „gasić pożary” tam, gdzie powstaną.

Strona niemiecka wstrzymała wszystkie swoje pojazdy w rezerwie, podczas gdy ZSRR zostawiło poza bitwą ledwie jeden wóz pancerny. Ostrzał przygotowawczy przyprawił o śmierć kilku żołnierzy niemieckich oraz radzieckich, w tym załoganta ciężkiej haubicy. Strafbataillon złożony z 10 żołnierzy runął jak długi na ziemię w obawie przed bombardowaniem. Pozostałe oddziały w większości szybko otrzepały się z kurzu i piachu, ściśle wykonując polecenia dowódców.

Starcie otworzył niecierpliwy radziecki snajper, pilnie śledzący postępy wroga ze środka wioski. Wodząc lunetą po okiennicach porzuconego dworku dojrzał w nim jakieś ruchy. Nie zwlekając posłał tam pocisk, ale ten zaledwie strącił wiszący na poddaszu żyrandol. Snajper zaklął i nerwowo pociągnął za zamek. Nie zdążył wycelować po raz drugi, gdy niemiecki strzelec wyborowy, wciąż wykrzykujący do obserwatora „scheise, scheise” po bolesnym uderzeniu lampy, wyeliminował swojego odpowiednika bezbłędnym strzałem w środek głowy.

Siły ZSRR, widząc brak wsparcia pancernego Niemców, żwawo ruszyły ławą do przodu. Załoga haubicy, wciąż zdekoncentrowana po ostrzale artylerii, chyżo wzięła się do roboty po kilku obelgach sierżanta, straszącego szeregowych Kamczatką i spotkaniem z NKWD. Już po chwili ten sam podoficer krył się pod maszyną, gdy pocisk niemieckiego moździerza przebił słomiany dach sąsiadującego domu. Młodzi esesmani szybko wzięli poprawkę i odtąd do końca gry, tura po turze, nękali to wielkie działo, będące olbrzymim zagrożeniem dla piechoty.

Błędem było pozostawienie Strafbataillonu poza zasięgiem wzroku oficerów. Przymusowo wcieleni do armii kryminaliści nie palili się, by ginąć za swoich „wybawców”. Nagłe, paniczne porzucenie pozycji przez sąsiedni oddział Wehrmachtu tylko utwierdził ich w przekonaniu, że nie warto tu umierać. Gdy jednak dojrzał ich podporucznik SS ze Schmeisserem, szybko przeszła im ochota na ucieczkę.

Niemcy początek bitwy mieli spokojniejszy, wyczekując ruchów rywala. Do przodu skoczyły zwłaszcza formacje SS – oddział skryty za dworkiem ruszył w ogólnym kierunku na most na północy, drugi skierował się na przeprawę, a trzeci, na prawym skrzydle, przejął na siebie ciężar walki na czas chwilowej niedyspozycji oddziału Wehrmachtu, wciąż zbierającego się po ostrzale sprzed właściwej bitwy.

Nie sposób jednak było uniknąć kontaktu z bojcami ze wschodu. Oddział, który dopadł przeprawy w centrum, wpadł pod ogień radzieckich karabinów maszynowych. Krew mieszała się z wodą; któryś z żołnierzy runął bez życia i porwał go nurt. Formacja stojąca na skraju lasu na prawej flance została przyszpilona ogniem bezpośrednim działa 45 mm. Żołnierze padli na ziemię, gdy do kompletu zaczęły wybuchać między nimi pociski moździerza. Tym razem poratował ich Wehrmacht, który zajął miejsce za pobliskim żywopłotem i próbował kontratakować, stopując zapalczywych sołdatów przed dalszym wypadem.

Gdy siły ZSRR rozpędziły się i podchodziły do centrum miasteczka, Niemcy wytoczyli przeciwko nim dwa pojazdy pancerne. Stug pojawił się obok Strafbataillonu, co odrobinę podniosło bardzo wątpliwe morale tego oddziału. Wycelowawszy w radzieckie działo samobieżne chybił, ale sam wystrzał spowodował, że jadącym tu desatnikom odechciało się własnym ciałem osłaniać pancerz maszyny i zeskoczyli na ziemię. SU-85 zwietrzył swoją szansę na zatopienie niemieckiej maszyny, jednak celowanie przez gęste żywopłoty nie należało do łatwych i zadanie to przerosło załogę.

O szczęściu może mówić za to dowódca T-34. Nagłe pojawienie się Panzera IV wywołało w nim lekką konsternację. Jego strzał wprawdzie nie sięgnął sowieckiej maszyny, jednak czołg wroga skracał dystans, młócąc gąsienicami pole uprawne. T-34 wystrzeliło w rewanżu, ale pocisk trafił w murowaną studnię, rozrzucając wszędzie dookoła cegły. Także i tu weterani z pepeszami ewakuowali się na widok czołgu z dywizji SS. Podoficer niemieckiej maszyny cierpliwie czekał na kolejną szansę i sięgnął przeciwpancernym kryjącego się za płotem „Teciaka”, jednak było to ledwie draśnięcie (1 w tabeli).

Nad oddziałami ZSRR na północnej (lewej) flance zaczęły gromadzić się ciemne chmury. Pierwszym zwiastunem burzy było niepozorne pojawienie się samotnego SdKfz 222, które pozdrowiło sowieckich bojców celną serią z działka oraz karabinu maszynowego.

Dwa oddziały radzieckie, oczekujące na przyjazd BA-64, czuły się tutaj bardzo pewnie i zignorowały to ostrzeżenie. Dobrego nastawienia nie psuł im nawet oddział SS, który coraz celniej strzelał z niewielkiego zagajnika zza rzeki. Równolegle strzelec wyborowy pozbył się operatora DP-28.

Za niemieckim wozem pancernym Wehrmachtu nagle wyskoczył zza zakrętu Opel Blitz z przydziału SS. SdKfz torował drogę ciężarówce i błyskawicznie osiągnął drugą stronę mostu, jadąc jak po swoje. Radziecki BA-64 oraz zgrupowana piechota otrzymała rozkaz zniszczenia wrogiego transportera za wszelką cenę słusznie zakładając, że jedzie tam wyczekiwane przez Niemców wsparcie.

Pierwsze kule zaczęły dziurawić plandekę jak sito. W związku z tym, przedwcześnie na brzegu, wyskoczył niewielki oddział esesmańskich weteranów, który kompletnie zaskoczył stojących w polu rosyjskich żołnierzy. SS strzelało z MP-40 i Mauserów, jednocześnie brodząc po pas w wodzie.

Niemiecki zagon przedarł się przez radzieckie umocnienia lewej flanki. Siedmiu pionierów zerwało się na równe nogi, gdy kierowca zredukował prędkość pojazdu do zera. Żołnierze, przy użyciu miotacza ognia oraz pistoletów maszynowych, w mig uporali się z wrogim oddziałem. Na drugi z nich polował strzelec z Opla, który uchylając klapę w dachu kabiny rozpoczął swoje łowy, odpędzając od ciężarówki co odważniejszych bojców Stalina.

Dowódca ZSRR miał twardy orzech do zgryzienia. BA-64 był bezradny wobec niemieckiego odpowiednika. Jego kule mogły sprawić jedynie tyle, że wrogi dowódca zamknie właz lub będzie niżej trzymał głowę. SdKfz trafił go dwukrotnie z działka nie czyniąc szkód, ale napędzając stracha załodze, która nie wytrzymując presji poddała tyły (recce).

W sukurs przyjechał T-34, dotychczas królujący w centrum miasteczka. Wieża z charakterystycznym jazgotem obróciła się, wysyłając z 76 mm działa niespodziankę niemieckim pancerniakom. Pocisk grzmotnął w przód pojazdu. Załogą wstrząsnęło, ale wóz nadal stał i był sprawny (1 w tabeli)!

Ostatnią nadzieją Piotra była haubica, obsługiwana już tylko przez sierżanta. Najpierw huknęła ona w kierunku prawej flanki niemieckiej. Po oddziale Wehrmachtu nie pozostał nawet ślad. Gdy podoficer na widok wrogiej kolumny sposobił działo do drugiego wystrzału, padł jak rażony piorunem od pocisku moździerza, który wcześniej zrobił to samo z pozostałą trójką załogantów.

Tymczasem oddziały radzieckie w perspektywie niemieckiego przełamania linii na północy skupiły się na umacnianiu przewagi w centrum i na południowej (prawej) flance, podciągając tam w zasadzie wszystko, co było zdolne atakować. Za dopalającym się wrakiem w samym sercu wioski skryli się weterani z pepeszami.

Ich obecność nie uszła uwadze pobliskiego i jedynego oddziału SS, który lekko uszczuplił ich stan osobowy. Dwie niedoświadczone, ale kompletne formacje radzieckie trzymały się cerkwi i ze śpiewem na ustach rwały się do boju.

Zapał do walki podkomendnych przerósł wyobrażenia radzieckiego podporucznika, weterana potyczek z Niemcami, który dał porwać się tej wzbierającej w centrum miasteczka fali i wbiegł między zdeterminowanych żołnierzy. Gdy jednak tylko jego dystynkcje spostrzegł niemiecki strzelec wyborowy wciąż kryjący się na poddaszu dworku, wystrzelił ze swojego Mausera wzbogaconego o lunetę. Wrogi oficer padł na wznak, a krew solidnie broczyła z rany na wysokości brzucha. Jego los podzielił adiutant, próbujący ratować dowódcę plutonu. Snajper tylko na to czekał, a jego karabin po krótkiej chwili raz jeszcze zagrał melodię śmierci.

Dowódcy niemieccy nakazali Panzerowi IV skierować się do centrum miasteczka w nadziei, iż niewyszkolona radziecka piechota pomyli ten czołg z Tygrysem. Fortel udał się, jednak tylko na chwilę wstrzymało to marsz Sowietów. Pojawiła się za to perspektywa dalszego pojedynkowania się z T-34, zajętego teraz walką z SdKfz 222.

Dobrą chwilę debatowaliśmy z Sevim, jak najlepiej wykorzystać Panzera IV. Optowałem za zwalczaniem piechoty, kompan mówi – wal w „Teciaka”. Może się uda, to ciągle jedna szansa na sześć.

Choć możliwość ostrzelania piechoty 12 kostkami z MMG była bardziej przekonująca zaryzykowałem, a co mi tam. Kostka poszła w ruch i pokazała nam…sześć oczek! Piotr pokiwał z uznaniem głową, ale to przecież jeszcze nie sukces. Rzut na penetrację – piątka – wysoko, mocno, jak trzeba. T-34 stoi z boku, dobra nasza. 12 vs 9 pancerza, masywne obrażenia, dwa rzuty. Kostki pokazują 1 i 3, o losie, Teciak stoi, ale pojawia się pożar, piny lecą jak szalone. Piotr rzuca na morale i to rzut za wysoki o 1! T-34 zniszczone!

Swój pojedynek, jak gdyby totalnie w oderwaniu od całej bitwy, toczyły SU-85 i Stug III. Pancerniacy wyprowadzali cios za cios niczym bokserzy skaczący dookoła siebie w ringu i nie widzący niczego dookoła. Gdy jeden pojazd tkwił w miejscu, drugi lekko podjeżdżał i na odwrót, próbując przejrzeć te nieszczęsne, dzielące ich krzaki. Niemieckie działo samobieżne zdołało nawet raz oberwać, jednak pancerz frontowy nie ugiął się pod siłą pocisku. Pobliski strafbataillon pomknął na front, starając się nie skupiać na sobie uwagi zajętych sobą stalowych maszyn.

Tymczasem na lewej flance oba oddziały SS przekroczyły wpław rwący nurt rzeki. Będąca na granicy zniszczenia ostatnia drużyna radzieckiej piechoty została wyeliminowana wspólnymi siłami Werhmachtu i esesmanów. Po wrogu nie było tu ani śladu. Dobiegł oficer z adiutantem, gratulując żołnierzom ich poświęcenia.

Oddział SS z prawej flanki wciąż leżał na granicy lasu bez opcji manewru. Żołnierzom długo towarzyszyła sekcja z Panzerschreck. Tym razem musieli odejść z pustymi rękoma, gdyż ich jedyny, rozsądny cel dopalał się właśnie przy jednym z gospodarstw.

Bardzo gorąco zrobiło się za to w centrum miasteczka i to tu rozstrzygnąć się miały losy bitwy. Rosjanie przebili się do niemieckiej strefy sekcją z rusznicą i dwoma oddziałami młodzików. Jeden z nich, dzierżący PPSH, zmiótł w walce wręcz niedobitków z Wehrmachtu, chowając się następnie za żywopłotem. Był to wyjątkowo jednostronny pojedynek.

Niedoświadczeni łowcy czołgów sposobili już do rzutu granaty, jednak nagły wypad Panzera IV przestraszył ich i zmusił do uciekania spod jego gąsienic. Nieodległy oddział SS rzucił wszystko na szalę i wysforował w kierunku wroga. Czujni żołnierze radzieccy urządzili im kanonadę z broni ręcznej, jednak Niemcy kontynuowali atak.

Zmierzali po nich weterani z dalekiej Syberii. Widząc zagrożenie z tej strony oficerowie niemieccy nakazali ostrzelać ten oddział. Bojcy dostali się w ogień krzyżowy ze strony Opla Blitza oraz karabinu Panzera IV. Tylko trójka dopadła więc esesmanów i była to walka dramatyczna, filmowa, albowiem tym konkretnym pojedynkiem mogła rozstrzygnąć się cała bitwa.

Urrrrrraaaaa! Kolby pepesz tłukły wrogów, ale ci po raz kolejny wyszli z ataku cało. Sierżant SS ubił jednego z napastników Sturmgewehr’em, a pozostali dwaj uciekli. Choć dotkliwie poobijani, Niemcy wyraźnie zaznaczyli swoją obecność w centrum miasteczka.

Strona radziecka dominowała w centrum, natomiast strona niemiecka na lewej flance. Walki na prawej flance pozostały nierozstrzygnięte.

Zsumowaliśmy punkty za poszczególne oddziały. Strona niemiecka utraciła 2 kostki (dwa oddziały Wehrmachtu), natomiast strona radziecka 7 kostek (w tym trzy oddziały piechoty, T-34, snajpera, oficera oraz ciężką haubicę).

Niemcy przebili się przez środek stołu 6 oddziałami (lewa flanka: dwa oddziały SS, oddział pionierów, SdKfz 222, ciężarówka plus weterani w centrum). ZSRR finalnie utrzymało w centrum rusznicę, dwa oddziały z późnego zaciągu plus czwarty, regularny oddział nieopodal SS, który obopólnie uznaliśmy za punktujący. Bliski przekroczenia stołu był, co zaskakujące, strafbataillon, jednak tu czekałaby go bolesna kontra radzieckich desatników-pepeszników, którzy spóźnieni na bitwę skracali dystans jak tylko mogli.

Po podliczeniu punktów wyszła nam różnica powyżej 10 punktów, jednoznacznie wskazująca zwycięzców – mnie i Seviego!

Bitewniakowym kompanom dziękuję za wygospodarowany czas na tę doprawdy epicką grę, gdzie losy starcia ważyły się bardzo, bardzo długo. Jak to powiedział któryś z obserwatorów naszej partyjki: „wynik niehistoryczny”, ale tak to właśnie w Bolt Action jest. Dopóki oddziały są w grze, a kostki kręcą piruety, wszystko może się zdarzyć.

Podziękowania także dla Mikołaja za przygotowanie nam stołu i serdeczne przyjęcie. Pozdrawiam także napotkanych w Agtomie krakowskich graczy, których miałem przyjemność poznać 2 lata temu w Niepołomicach (Bartosz, Mateusz). Niezmiennie trzymam kciuki za wasze krakowskie inicjatywy, w tym granie i terenokreację. Stół bardzo mi się podobał. Idealnie pasował do walk na froncie wschodnim.

Mikołaj planuje zorganizować w ostatni weekend września tego roku wydarzenie Bolt Action w Niepołomicach w ramach Pól Chwały. Jeśli chcecie pograć na sytych stołach i w towarzystwie Krakusów (ale i przyjezdnych graczy z innych miejscowości), to ta impreza nadaje się do tego znakomicie! Brałem udział w 2019 roku i oczywiście polecam (tu znajdziecie moje wspomnienia z gier: klik)! Zainteresowanych odsyłam do kontaktu z Mikołajem na FB, który pewnie będzie na bieżąco informował jak się sprawy mają na polskiej grupie Bolt Action, zwłaszcza w kontekście sytuacji epidemiologicznej.

Po grze wymieniliśmy się kilkoma spostrzeżeniami dotyczącymi gry. Jednogłośnie uznaliśmy, że błyskawiczny atak na lewej flance był momentem odwracającym bieg bitwy. Przyznam, że z Sevim nie spodziewaliśmy się aż takiego rozmachu, jaki nam w praktyce wyszedł. Po prostu przesadziliśmy na pełnej prędkości dwa pojazdy przez most, a podciągnięta piechota wycięła wszystko w pień. Momentem, który pozostanie w mojej pamięci na dłużej, będzie z pewnością epicki strzał do T-34 w ważnym momencie bitwy. Ten ruch wytrącił Piotrowi z ręki ostatni kontrargument na naszej lewej flance. Inna sprawa, że w walce pancernej rzadko kiedy miałem tyle szczęścia co dziś 🙂

Nie sposób nie docenić także precyzji niemieckiego snajpera. W ciągu pięciu tur (bo tyle zdążyliśmy rozegrać) aż czterokrotnie eliminował trafione cele. Nie bez znaczenia było także zrzucenie sowieckich weteranów z obu pojazdów. Wprawdzie pierwsza z tych formacji biła się do samego końca (to owa trójka, walcząca wręcz z weteranami SS), ale druga, spanikowana, zeskoczyła z SU-85 i była bardzo daleko od głównego obszaru działań, nie mając żadnego pożytku z pepesz.

Po stronie Piotra na pewno wyróżniła się, bądź co bądź, wielka haubica. Zrobiła nam wyrwę na prawej flance i nie mieliśmy czym tego „załatać”. Piechota ZSRR z uporem napierała na nasze linie. W walce na bagnety młodzicy rozszarpali czteroosobową, regularną drużynę Wehrmachtu. Radzieckie oddziały przetrzebiły szeregi naszej piechoty, walczyły jak równy z równym. Jedna z drużyn SS utknęła na całą grę w miejscu. Działo 45 mm sprawiło niespodziankę i strzelało nadzwyczaj skutecznie.

Piszę to kolejny raz pod relacją z Bolt Action. Warto czekać na takie bitwy i takie granie w doborowym gronie i na takich wspaniałych stołach. Tego dnia mieliśmy niemal wszystko – pojedynki pancerne, niecodzienne wybory (SU-85, Stug III, działo 45 mm, strafbataillon), celnego snajpera, długie wymiany ognia, ofiarność prostej piechoty, wytrzymałość weteranów, skuteczność artylerii oraz dowodzenie podkomendnymi przez oficerów z pierwszej linii. To jest hobby przez „duże H”, zapewniające wiele dobrych wrażeń oraz kolejną już lekcję historii, bo to przecież ona jest głównym zwycięzcą. Do następnego!

Spisał, złożył i zredagował - Ranger 

Zdjęcia: Ranger & Piotr

2 myśli w temacie “Na lewy most naprzód marsz! Operacja Bagration w Bolt Action! Relacja z gry w Krakowie

  1. qc 20/08/2021 / 14:27

    Świetny stół i pomalowane modele. Fajnie się czyta taki raport.

    • Ranger 20/08/2021 / 20:01

      Dzięki! Wszystko zagrało jak trzeba, gra na całego 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.