A Song of Ice And Fire – Baratheon vs Greyjoy (1.7) – pierwsze wrażenia!

Cześć! Dzisiaj przedstawiam lekko fabularyzowaną relację w formie fikcji literackiej, utrzymanej w klimacie Pieśni Lodu i Ognia / Gry o Tron. To była moja pierwsza gra, zatem z kronikarskiego obowiązku dobrze byłoby o niej coś napisać 🙂 Nie przedłużając – zapraszam!

Czarnowłosy, surowy mężczyzna stał nad klifem i spoglądał w dół na plażę nieopodal Lodowej Zatoki. Jego zbroja, kunsztowne dzieło płatnerzy Smoczej Skały, lśniła w blasku leniwie budzącego się słońca i ukazywała zapisane inskrypcje ku czci R’hllora. Na samym jej środku widniało wielkie, gorejące serce bóstwa z wpisanym jeleniem. Symbolizowało ono powolne przemiany zachodzące w mężczyźnie i zarazem widoczny znak wpływów czerwonej kapłanki, którą jedni pokochali, a inni znienawidzili.

Wsparty o długi miecz mężczyzna w skupieniu analizował przemykające mu przed oczyma obrazy. O tej porze Lodowa Zatoka nie wzbudzała w wędrowcach strachu. Wolna od śnieżnych krup, zalegającego lodu i mrożącego krew w żyłach klimatu stawała się miejscem dość przyjaznym nie tylko dla Glowerów czy zamieszkujących pobliską wyspę Mormontów, ale i dla armii z południa. Piasku paradoksalnie nie było dużo i szybko przechodził on w tereny zielone, skrywające pozostałości po spalonej osadzie. To tu odbędzie się bitwa.

Wiedział, że się spóźnili. Odsiecz prowadzona przez łupieżców nie osiągnie swojego celu. Deepwood Motte zostało odbite, a Asha trafiła do niewoli. On był tego świadom, ale oni nie. Postanowił to wykorzystać, jednak wyniku bitwy nie dało się jednoznacznie przewidzieć. Bacznie przyglądał się łodziom, aż jego oko w mig wyłowiło dawnego wroga, Victariona. Na twarzy mężczyzny zagościł lekki, niezauważalny uśmiech. Wujek Ashy zamierzał poszukiwać jej w kilku miejscach osady.

Mężczyzna w myślach układał plan bitwy, rozmieszczając na wyimaginowanej szachownicy poszczególne oddziały, swoje i rywala. Znał wagę mowy, jednak w tej sekundzie to milczenie było złotem. Wymownym gestem odprawił na lewą flankę lorda ze Smoczej Skały. Ten bez wahania wypełnił rozkaz. Mężczyzna objął dowodzenie nad oddziałem Wardenów, znakomicie opancerzonych, choć wolnych wojowników. Druga, bliźniacza formacja, odznaczająca się czerwonymi rantami tarcz, zajęła prawą flankę. Między nimi, za niewielkim zagajnikiem, sposobili się do wymarszu Stag Knights, którzy unaoczniali na polu bitwy dzikość Baratheonów.

Greyjoy’owie wysypali się ze swoich łodzi. Dostrzegając wojska Baratheonów na trawiastym polu szybko pomknęli na pozycje wyjściowe, gotując do walki topory. Część wojowników walczyła dwoma naraz, inni dźwigali dwuręczne odmiany. W ich manierze nie było głębszej filozofii. Atak musi być brutalny i silny, gdyż kontry nie powstrzymają skórzane kurty i czepce, tak charakterystyczne dla grasantów z Żelaznych Wysp.

Stannis Baratheon stał w pierwszym szeregu, wzbudzając powszechny podziw żołnierzy. Jego oddziały na widok pędzących do szarży Greyjoy’ów niespiesznie ruszyły przed siebie. Na prawej flance pojawił się ukryty dotąd oddział łuczników. Salwa oddana w kierunku Wardenów rozminęła się z nimi o dobrych kilkanaście metrów.

Victarion, przewodzący oddziałowi Reavers, wystrzelił przed chaotycznie nacierające szeregi i runął na Stag Knights. Wojownicy starli się z hukiem. Topory najeźdźców zawzięcie pracowały, kąsały i rąbały, jednak zimna, wzbierająca dopiero furia „jeleni” powstrzymała szarżę i zablokowała także drugie uderzenie, będące już słabsze od poprzedniego ze względu na wytracony impet. Oba oddziały odsłoniły swoje flanki, najwyraźniej w oczekiwaniu na wsparcie sojuszników. Stannis przyglądał się ruchom rywala, nie chcąc podejmować decyzji pod wpływem impulsu, a straty nie były zbyt wysokie.

Reavers z prawej flanki, wzorując się na Victarionie, usiłowali w podobny sposób uderzyć w Wardenów. Czempion oddziału przeliczył się jednak. Wystarczyło kilka sekund rozkojarzenia i brak sukcesu dowódcy armii, by szarża o włos nie sięgnęła celu. Panika, choć zduszona w zarodku, skłoniła trzech Greyjoy’ów do podwinięcia nóg za pas. Pancerni wojownicy Stannisa uderzyli więc w kontrze, rzucając się z głośnym okrzykiem i wzniesionymi w powietrze jednoręcznymi młotami, które boleśnie biły po skórzanych pancerzach.

Tymczasem lord ze Smoczej Skały począł wypełniać rozkazy. Bitwa bez ważnego celu była na tym etapie kampanii marnotrawieniem cennych zasobów ludzkich, zwłaszcza w perspektywie dalszego marszu w kierunku Winterfell. Stannis polecił wysoko urodzonemu szlachcicowi, by przeszukał wybrane miejsca pod kątem znalezienia czegoś wartościowego. Podobnie uczynili Greyjoy’owie na prawej stronie – łucznicy okopali się za palisadą i stamtąd razili do Wardenów, przy okazji podnosząc kilka trofeów po mieszkańcach dawnej osady, którzy nie zrobią już z nich użytku.

W końcu Harlaw Reapers, obecni na lewej stronie, zdecydowali się na szaleńczy krok. Widząc, że walka Reavers i Stag Knights w centrum odbywa się w sporej odległości, uderzyli oni wprost na powoli zmierzający tam oddział Stannisa. Sytuacji na pewno nie ułatwił stojący na drodze podniszczony mur, a zdekoncentrowani napastnicy nie wykorzystali przywileju szarży. Formacja Baratheonów bezbłędnie osłoniła się tarczami od potężnych, dwuręcznych toporów i wyszła z ataku bez szwanku. Co więcej, sama wyprowadziła skromny kontratak i związała walką wroga.

Wkrótce pomiędzy Greyjoy’ami rozniosła się wieść, że na polu bitwy po stronie wroga walczy sam Stannis Baratheon. Strach przegalopował przez żelazne szeregi, żywym ogniem topiąc morale i chęci do walki. Mimo to Reavers z prawej flanki zaczęli zyskiwać powolną przewagę nad Wardenami, choć do pobicia ich była daleka droga. Zmotywowani zdobytym łupem na poległych nie szczędzili wysiłków, by wybić ich wszystkich, a następnie zrabować to, co z nich zostanie. Desperacką decyzję podjął Victarion – krzykiem zmusił łuczników do strzelania w walczących. Zrobienie wyłomu było prawdopodobnie ostatnią szansą na odwrócenie losów tej bitwy.

Dowódca Greyjoy’ów, choć słynący z agresywnego usposobienia, utknął w starciu, a to oznaczało kłopoty. Z pewnością wymiana uprzejmości nie odbywała się na jego warunkach. Brutalność nie przynosiła efektów, a jedynie kolejne rysy na ciężkich kolczugach Stag Knights, którzy perfekcyjnie zbijali ciosy coraz bardziej zniecierpliwionych Żelaznych Ludzi. Rycerze Stannisa uwolnili kumulowaną furię, zadając grasantom bardzo dotkliwe straty. W mgnieniu oka Victarion stracił ponad połowę oddziału, jednak podkomendni odgryźli się i upolowali dla wodza trzy „jelenie”, zatem jeszcze nie wszystko było dla nich stracone.

Harlaw Reapers, pomimo wyraźnych nawoływań Erika Ironmakera i Wendamyra ulokowanych bezpiecznie przy łodziach, także mierzyli się z nie lada wyzwaniem. Wardeni pod wodzą Stannisa okrzepli i ruszyli z chęcią rewanżu. Od króla bił majestat chwały, a rycerze wręcz pchali się, by stać w walce obok niego.

Harlaw tracili powoli grunt pod nogami, ale walka była zażarta. Długi miecz wybrańca R’hllora z wprawą utrącał łby Greyjoy’ów z karków, ale Reapers nie mniej skutecznie szatkowali Wardenów. Z trwającej kilka chwil szarpanej wymiany ciosów, gdzie trup ściełał się gęsto, ostatecznie to Baratheonowie wyszli z tarczą, choć była ona cała pognieciona. Ostał się ledwie szereg. Najważniejsze, że udało się ocalić króla, który teraz zmierzał po Victariona.

Nie doczekał on jednak pojedynku z dowódcą Żelaznej Floty. Ten wraz z ostatnim żołnierzem odwrócił się, a następnie ponownie natarł na Stag Knights. Nie chcąc trafić żywy w ręce Stannisa wolał rzucić się na pożarcie. Padł w krytycznym stanie, jednak to co jest martwe, nie może umrzeć. Obecni na miejscu wojownicy w żółtych szatach nie potrafili wyjaśnić fenomenu wciąż żywego Victariona. Politycy Greyjoy’ów, pomimo iż wabili nowymi błyskotkami kolejnych, ociągających się z wychodzeniem z łodzi rekrutów, nie byli w stanie nadążyć za tempem bitwy, która weszła w ostatni etap.

Wardeni, wspierani przez nowe rozkazy króla, nieustannie trwali na posterunku. Alester Florent ściągnął uzupełnienia z obozu. Reavers zyskali szacunek w oczach Baratheonów, walcząc do końca w obliczu beznadziejnej sytuacji. Łaskawym okiem spojrzał na nich nawet Utopiony Bóg, ratując kilku z nich od niechybnej rzezi. Łucznicy z Żelaznych Wysp strzelali coraz celniej. Wardeni finalnie odrzucili wrogów, a sprzymierzeńcy wykończyli ich co do jednego.

Katastrofa nadeszła kilka oddechów później. Strzelcy Victariona wiedząc, że nie mogą tak po prostu wrócić po tej porażce na Żelazne Wyspy, posłali przed siebie ostatnią serię. Grad strzał zasypał wyczerpanych walką Wardenów. Kogo nie zabiły groty, zabił śmiertelny strach. Aż sześciu zbrojnych padło u progu resztek palisady. Z odsieczą przybyli Stag Knights, którzy wbijając się w Żelaznych Ludzi z flanki wręcz zmiażdżyli ich dumę. Jeszcze chwilę po bitwie gonili ostatnich zbiegów w kierunku pospiesznie oddalających się łodzi.

Była to moja pierwsza gra w Pieśń Lodu i Ognia i zarazem pierwsza gra Baratheonami 🙂  Krzysiek grał po raz drugi, wystawiliśmy formacje na 30 punktów. Scenariusz – Gra o Tron, a więc punktowanie za 5 znaczników. Starcie zakończyło się w piątej turze, gdy z misji oraz rozbicia oddziałów rywala zainkasowałem komplet punktów. Finalnie wyszło nam 8-4.

Sama system jest naprawdę fajny. O ile same zasady nie są długie, to zabawa zaczyna się podczas żonglowania kartami, efektami, politykowaniem i kolejnością aktywacji. Sądzę, że przyswojenie tego jest tylko kwestią czasu 🙂 Na pewno warto lepiej przyjrzeć się torowi politycznemu i pamiętać, co należy kiedy aktywować. W trzeciej turze, gdy oddziały ostro walczyły, wybór kolejnych akcji wcale nie był prosty. Czy skupić się na mobilności, darmowym ataku, a może dobieraniu karty? Potyczka miała charakter towarzyskiej gry i nauki zasad 🙂 Jestem zadowolony z wyboru Baratheonów i dobrze mi się nimi grało. Rzuty na morale też szły bardzo ładnie 😉

Niektóre zwroty, takie jak te o wycofaniu czy odwrocie i ponownej szarży to tylko zabieg artystyczny, żeby lepiej odwzorować ducha walki. W rzeczywistości żaden z oddziałów nie zdecydował się odpuścić pojedynku.

Dziękuję Krzyśkowi za energiczne starcie, będące zarazem świetnym sposobem na naukę zasad i poznawanie własnych armii 🙂

Jedna myśl w temacie “A Song of Ice And Fire – Baratheon vs Greyjoy (1.7) – pierwsze wrażenia!

  1. KędzioR_vo 12/06/2021 / 19:38

    Kawał dobrego tekstu, przyjemnie się yo czytało i czuć, że sama gra też Ci sprawiła frajdę 🙂
    Może za jakiś czas uda się i nam skrzyżować młot z arakhem 😉

    PozdRawiam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.